Moi dobrzy przyjaciele odeszli od Chrystusa!

Na przełomie 20 i 21.wieku Pan Jezus chodził po ziemi z miejsca na miejsce, opowiadał o swoim Ojcu w niebie, o jego wielkiej miłości do każdego człowieka. Wspominał także swoje pierwsze przyjście na ziemię 20 stuleci wcześ­niej. Mówił o ludziach jakich spotykał, przypominał to, czego ich nauczał. Stwierdził, że współczesny człowiek niewiele różni się od tego sprzed 2 tysięcy lat, uświadamiał im jak bardzo go potrzebują, gdyż grzech, pokusy szatana, mają tę samą moc w każdym okresie historii. Przypominał o swojej śmierci na krzyżu i zwycięstwie przez zmar­twychwstanie.

Na początku wielu ludzi chodziło na spotkania z Nim. W niektórych miejscowościach nie wystarczały kościoły, trzeba było organizować zgro-madzenia w halach spor­towych albo na stadionach. Wielu ludzi znanych w życiu kulturalnym, sportowym i politycznym zaczęło mu za­zdrościć popularności. Nawet gwiazdy show-biznesu się zaniepokoiły. Wydawało się, że ten Jezus z Nazaretu nie mówi o niczym szczególnym, przecież kościół przez 2 ty­siąclecia przekazywał właśnie Jego naukę. Cóż nowego mógł powiedzieć? A jednak – Jego słowo dotykało nasze serca głębiej. Ja miałem okazję słuchać Go już jako dziecko. Kiedy powiedziałem mu: Panie, chcę iść za Tobą, wtedy po­czułem się tam w środku, niesamowicie lekki, wolny, choć wcześniej, jako mały przecież chłopak, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że cokolwiek mnie obciąża. Wiele lat póź­niej postanowili iść za Nim także moi dobrzy przyjaciele. Bardzo się z tego ucieszyłem. Teraz – pomyślałem sobie – w końcu nasze rozmowy nie będą takie puste, nasz wspólnie spęd­zany czas będzie miał głębszy sens. Radość nie będzie czymś powierzchownym i wynikającym z dobrego humoru, lecz ze świ­adomości, że zmierzamy razem do czegoś wspaniałego.

Po pewnym czasie zaczęło dziać się coś złego. Na spotkania z wędrującym Chrystusem zaczęło przychodzić coraz mniej ludzi. Co gorsza, niektórzy z moich przyjaciół zaczęli rezygnować z „przygody z Jezusem z Nazaretu”, jak to sami określili. Dlaczego? – zadawałem im pytanie. Na początku – mówili – to było fajne. Byliśmy blisko Niego, więc wszyscy nas znali, chcieli z nami rozmawiać, ludzie mediów da­wali nam duże pieniądze za udzielanie wywiadów, zapraszano nas w ciekawe miejsca – jednym słowem – opłacało się. Mistrz nie tylko przemawiał, ale uzdrawiał ludzi, którym nawet współc­zesna medycyna nie była w stanie pomóc. Oni byli w stanie za­płacić każde pieniądze, byleby umówić ich na spotkanie z Panem Jezusem. Ale teraz – mówili dalej – okazuje się, że przynależ­ność do Jego służb, to nie jest sama słodycz. On chce, żebyśmy tylko dla Niego pracowali, nie dorabiali sobie w wolnym czasie, tylko poświęcali ten czas naszym rodzinom. Chce, żebyśmy nie nagnali prawa, żyli w „czystości”, jak to określa, i w uczciwości, a dzisiaj przecież, nie można być do końca przejrzystym – kto nie kombinuje ten nie jedzie, ten się nie liczy! A wydawało mi się, że patrzą dalej, że wiedzą, iż to najwspanialsze jeszcze przed nimi. Twierdzili, że koło Chrystusa zaczyna się robić nieciekawie, że ma coraz więcej wrogów, że w coraz wyżs­zych kręgach mówiło się o Nim, iż jest niewygodny. W związku z tym robiąc rachunek wszystkich „za” i „prze­ciw”, stwierdzili, że trzeba się usamodzielnić, rozpocząć coś na własną rękę, bo praca dla Jezusa stała się wręcz nie­bezpieczna, poza tym – ile można cały czas ślepo słuchać jed­nego szefa - mówili? Czy oni rzeczywiście byli moimi przy­jaciółmi?

Część moich przyjaciół też odpadła, ale nie w taki sposób, nie z rozmysłem. Oni się po prostu gdzieś w życiu pogubili, a nikt z tzw. „uczniów i pokornych sług Jezusa” im nie pomógł. Jeden, na przykład, wciągnął się w handel alkoholem i papierosami na wielką skalę, potem ponoć do tego doszły jeszcze nawet narkotyki. Kiedy chciał się z tego wydostać, zaczął być przez swoich „nowych” przyjaciół w biznesie szykanowany, a jego pastor i wierząca część rod­ziny po cichu się go wyparła i nie chciała z nim w ogóle rozmawiać, twierdząc, że nie chcą się ubrudzić jego bru­dem. Kiedy dowiedziałem się o nim i próbowałem go od­naleźć, ale zapadł się jak kamień w wodę. Ktoś przebąkiwał, że on targnął się na swoje życie i chyba mu się „udało”.

Inny mój dobry kolega rozwiódł się. Nie chciał, ale żona twierdziła, że ich małżeństwa nie sensu dalej ciągnąć, a potem robiła coraz gorsze rzeczy, żeby zmusić go do rozwodu, w końcu poddał się. W swoim Kościele od razu dano mu do zrozumienia, że dla takich grzeszników pośród świętych nie ma miejsca. Chciał o tym porozma­wiać, ale ksiądz nie miał dla niego czasu, za to wiele o so­bie usłyszał na ostatnim kazaniu, na jakim był w kościele, a od innych członków jego społeczności mógł słyszeć tylko uszczypliwe uwagi. Był załamany, powiedział, że za takie chrześcijaństwo dziękuje, tyle, że mówiąc to użył niecen­zuralnego słowa. Chciałem z nim porozmawiać, ale twier­dził, że ja jako kawaler nic mu tutaj nie pomogę, nie zro­zumiem jego małżeńskich kłopotów. Być może miał rację. Wrócił samotnie w swoje dawne rodzinne strony. Ponoć u rodziców, rodzeństwa i kuzynostwa znalazł wsparcie. Później słyszałem, że wstąpił na nowo do jakiegoś zboru zupełnie innego Kościoła. Ale nie wiem czy to prawda, nie odezwał się do mnie jeszcze. Może powinienem go odwiedzić?

Cóż za czasy? Po naszym globie chodzi sobie Pan Jezus, ten sam, który chodził tutaj 2 tysiące lat temu, o którym uczono nas na szkółkach, lekcjach religii i nabożeństwach, a moi przyjaciele, którzy też Go poznali i służyli w Jego szeregach, zaczynają z Niego rezygnować. On jest teraz na innym kontynencie, – mówią rozżaleni – nie może nam pomóc, a nasi przyjaciele też z Jego służb odwracają się od nas.

Smutne to, jedni wybierają „ciekawsze” i „rzekomo bo­gatsze życie”, a inni wybierają „inne życie”, bo chrześcija­nie, ponoć moi i ich bracia i siostry odwrócili się od nich. Wstyd mi za siebie i moje duchowe rodzeństwo!

Další informace